Lubisz się śmiać? Teksty, które zmieniły życie Polaków. 77,560 likes · 74 talking about this. Jeżeli lubisz się śmiać to ta strona jest dla Ciebie :)
Cechy, na które najczęściej w Polsce narzekamy to kłótliwość, słomiany zapał, bałagan, cwaniactwo, zaciętość czy bezinteresowna zawiść. Od niepamiętnych czasów mówimy i piszemy o sobie źle. Trudno jest czuć się dobrze w kraju, który cały czas mówi o sobie, że jest fatalny – mówi Adam Leszczyński, historyk i publicysta, autor "No dno po prostu jest Polska", w rozmowie z Grzegorzem Wysockim. Czytaj także: Jakub Żulczyk: Wmawiam sobie, że moje podatki idą na wóz strażacki, a nie na wypłatę dla Krystyny PawłowiczGrzegorz Wysocki: Czy Polacy rzeczywiście nienawidzą innych Polaków? Można powiedzieć, że to nasza cecha narodowa?Adam Leszczyński: Przeczytałem setki tekstów Polaków o Polakach – pisanych od XIX w. do dzisiaj – i z pewnością lubimy pisać o sobie same złe rzeczy. To dotyczy wszystkich klas społecznych i wszystkich stronnictw politycznych. Nawet prawica, z ojcami ruchu narodowego na czele, pisała o rodakach zazwyczaj źle. *Zanim zacząłeś zbierać przykłady fatalnych opinii Polaków na temat swoich rodaków, które z tych narodowych cech czy autostereotypów miałeś już w głowie? *Przede wszystkim: nieżyczliwość, nieufność, brak odwagi cywilnej, niedbałość, nierzetelność. I wszystko się potwierdziło. Okazuje się, że były to cechy, które Polacy przypisywali samym sobie przynajmniej od zaborów. Od momentu, w którym zaczął się wyłaniać nowoczesny naród Polski.*Ale myślałeś tak o Polakach już wcześniej, bo takie miałeś doświadczenia z rodakami? *Opowiem ci sytuację sprzed kilku dni. Pojechałem z córką na spacer na Bulwary Wiślane. Obok nas szedł dostatnio ubrany starszy pan z pieskiem, który zauważył, że w jednym miejscu jest zerwany kawałek barierki. I ten starszy pan stanął, tak prychnął z pogardą, i powiedział na głos: "Społeczeństwo debili! Wszystko zniszczą!". Zauważ, nie powiedział: "Jakiś debil zniszczył barierkę". Zniszczyło ją całe społeczeństwo.*Cały naród polski. *Tak. Zwróciłem na ten mechanizm uwagę na dobrą sprawę chyba wtedy, gdy sam złapałem się na podobnym zachowaniu. Jak wielu Polaków kupiłem sobie używany samochód w Niemczech. Niemiecki właściciel jeździł tym samochodem jakieś 8-9 lat i auto nie miało nawet żadnej rysy. A ja przyjechałem tym autem i następnego dnia ktoś wgniótł mi na parkingu drzwi i zwiał. Wychodzę rano, patrzę na to, co się stało i pierwsze co pomyślałem: "Boże, oto Polska właśnie. Niemiec jeździł latami i nic, a tu od razu…". Oczywiście nie ma żadnego logicznego przejścia pomiędzy stwierdzeniem, że ktoś uszkodził mi samochód, a tym, że Polska to beznadziejny kraj zamieszkany przez beznadziejnych ludzi. Ale my, Polacy, uwielbiamy tak mówić.*Uwielbiamy takie uogólnienia na swój temat? *Niestety, tak. W książce staram się ten – głównie negatywny – autostereotyp opisać. W praktyce polegało to na zbieraniu opinii różnych Polaków wygłaszanych od blisko 200 lat. Przyznasz, że galeria postaci jest dość niesamowita.*Od Józefa Piłsudskiego do Taco Hemingwaya. *(śmiech) Albo od Romana Dmowskiego do Ewy Sonnet. Od Bolesława Prusa do tenisisty Jerzego Janowicza. Od wielkich polskich pisarzy po anonimowych internetowych hejterów.*I wszystkich ich łączy wielka "miłość" do innych Polaków? * No właśnie, co jest uderzające? To, że z grubsza wszyscy oni mają bardzo podobne – bardzo krytyczne – zdanie na temat innych Polaków. Podstawowe cechy, które przypisujemy polskiej zbiorowości, narodowi polskiemu, są bardzo podobne.*Czy podstawowy wniosek, jaki płynie z lektury twojej książki nie jest aby taki, że wszyscy jesteśmy hejterami? *Nie zgadzam się. Raczej – wszyscy mamy zaniżoną samoocenę. Te opinie zresztą często są ewidentnie podyktowane zawiedzionym uczuciem. Autor – czy autorka – kochają ojczyznę, chcieliby kochać też rodaków, ale – kurczę – no, nie da się.*Ale przykładów tzw. hejterstwa tutaj nie brakuje. Świetnie napisanego, ale jednak. *Oczywiście, jest sporo przykładów, które dzisiaj moglibyśmy określić jako hejterskie. Pisarz Stanisław Przybyszewski nazywał Polskę "małpą narodów", a prozaik i dziennikarz Michał Olszewski pisał, że życie w Polsce to "sport ekstremalny". Ale bardzo często podaję takie cytaty, w których pojawia się deklaracja miłości do Polski (Boże, jak ja kocham ten kraj, nie zamieniłbym go na inny, jestem wielkim patriotą itd.), a kawałek dalej jest depresyjnie: że mimo tej miłości nie jest tu za dobrze, że ludzie kradną i oszukują, że brudno…*I jeszcze ta przeklęta biurokracja! *O, skargi na to, że urzędnicy są beznadziejni, a biurokracja jest wroga petentowi, są po prostu wieczne. Pojawiały się od zaborów, od momentu powstania pierwszych profesjonalnych urzędów. Jest taka piękna historia u Wańkowicza, gdzie opisał, jak to poszedł do jakiegoś powiatowego urzędu na Kresach. Jakiś petent został źle potraktowany w urzędzie na oczach wielkiego reportera. Wańkowicz postanowił zainterweniować i opowiedział o tym staroście. Po jakimś czasie dostał informację z tego urzędu: "Petent został wezwany do urzędu i przeproszony".*Mówisz, że często bluzg czy hejt na Polaków wiąże się z jednoczesną deklaracją o miłości do Polski. Czy ta deklaracja nie jest aby taka rytualna i niezbyt szczera? *Nie, uważam, że w większości przypadków to jest szczere. To mówili i pisali ludzie, którzy Polskę naprawdę kochali, cierpieli przez nią, walczyli o nią. Józef Piłsudski czy Roman Dmowski poświęcili przecież Polsce całe życie. Albo weźmy Andrzeja Bobkowskiego. On z jednej strony miał niesłychanie gorące uczucia wobec Polski, a jednocześnie mówił, że nie może wrócić, bo nie jest tu w stanie wytrzymać. Wyjechał do Gwatemali, gdzie prowadził sklep z modelami samolotów. *I, paradoksalne, jest uwielbiany też przez prawicę lub przynajmniej jej część. *Tak, ale to się chyba wzięło z tego, że w okresie powojennym był mocno antykomunistyczny. Nie wydaje mi się, by był jakoś religijny, ale to mu się wybacza. Prawica w Polsce, i nie tylko w Polsce, jest niezwykle wyrozumiała dla swoich. Jeżeli ktoś ma właściwe poglądy i słuszne afiliacje, to mu się przebacza wszystko – seryjne rozwody, zdrady, bycie prokuratorem w czasie stanu wojennego, bycie sędzią w czasie stanu wojennego... Wszystko to nieważne, bo są po właściwej stronie.*Co do tych opinii łączących w sobie miłość i bluzg. Najbardziej reprezentatywnym cytatem są tutaj chyba słynne słowa przypisywane Józefowi Piłsudskiemu: "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy". *O, tak. W ogóle historia tych słów jest fascynująca, bo jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że zostały wymyślone i przypisane Piłsudskiemu. Ale – nawet jeśli tak było – bardzo dobrze pokazują stosunek Polaków do samych siebie. Jest to cytat powtarzany i przytaczany przez wszystkich – od trzeciorzędnych celebrytek po akademików. I nikt nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, czy jest autentyczny.*Ty zadałeś, ale nie udało ci się znaleźć źródła tego cytatu? *Nie udało mi się. Znalazłem go w innej postaci – "Kraj wspaniały, tylko ludzie chuje" – w książce z cytatami z Piłsudskiego. Nie znalazłem tych słów w jego pismach, ale być może gdzieś to powiedział, na jakimś publicznym wystąpieniu, i ktoś zanotował w swoim dzienniku czy pamiętniku? Piłsudski mógł te słowa powiedzieć, jest to prawdopodobne…*Ale pewnego dowodu nie ma? *Nie ma. Mimo tego jest to do dzisiaj jeden z najczęściej powtarzanych cytatów z Piłsudskiego. Właściwie nikt z przytaczających te słowa nie ma żadnych wątpliwości – wszystkim wydaje się absolutnie naturalne i oczywiste, że wielki polski przywódca mógł coś takiego o Polakach powiedzieć.*Wnioski? *Polska zła samoocena jest tak głęboka, że skłania nas nawet do fabrykowania cytatów przypisywanych sławnym Polakom.*Pytanie porządkujące: czym w ogóle jest autostereotyp? *Autostereotyp jest uogólnionym wyobrażeniem cech, które przypisujesz własnej wspólnocie. Czyli cech, które ty, jako Polak, przypisujesz komuś dlatego, że jest Polakiem. Autostereotyp to to, co myślimy o sobie jako zbiorowości. *Muszą to być myśli negatywne? *Nie muszą, choć polski autostereotyp jest w bardzo dużej mierze negatywny. Ale nie musi i nie powinno tak być.*Ale ty skupiłeś się głównie na opisie tych cech negatywnych. Bo są przyjemniejsze w opisie? *Są ciekawsze i Polacy piszą o nich znacznie częściej. Proporcja opinii krytycznych i aprobatywnych to jakieś 50 do jednego.*Może miałeś zły dobór autorów? Może za mało tych, którzy naprawdę kochają Polskę? *Czytałem także dużo prawicy, ale prawica – zwłaszcza kiedyś – również była niesłychanie krytyczna wobec polskiej wspólnoty. Jeśli chodzi o cechy pozytywne, wymienia się najczęściej patriotyzm, rodzinność, religijność, przywiązanie do tradycji, gościnność, dobrą kuchnię. Natomiast lista cech negatywnych jest znacznie dłuższa. Podzieliłem je na cztery kategorie – społeczne, polityczne, intelektualne i estetyczno-higieniczne. Cechy społeczne, na które najczęściej w Polsce narzekamy to kłótliwość, niestałość, słomiany zapał, nieumiejętność przestrzegania procedur, bałagan, kombinatorstwo, cwaniactwo, zaciętość i bezinteresowna w czasie pisania "No dno po prostu jest Polska" odkryłeś jakieś "arcypolskie" cechy, które sami sobie przypisujemy, a o których nie miałeś pojęcia?Nie, raczej uporządkowały mi się te, o których wiedziałem lub których się intuicyjnie domyślałem. Kilka rzeczy mnie zaskoczyło. Zaskoczyła mnie częstotliwość tego, jak często Polakom przeszkadzał w Polsce brak higieny. To jest stały zarzut w zasadzie, w starszych i nowszych tekstach, i dopiero teraz to trochę zanika. Nie mam przy tym wrażenia, by Warszawa była dzisiaj brudniejsza niż, dajmy na to, Nowy Jork. Nie mówiąc np. o Neapolu. Więc teraz, kiedy pod tym względem naprawdę nie odstajemy od zachodu, to blednie.*Ale? *Ale przez stulecie z okładem non stop, każde pokolenie powtarzało – Polacy są brudni, śmierdzą, nie myją się… Zresztą, o tym, że się nie myją, czytam co roku. Zaczyna się lato i zawsze słyszę narzekanie, że ktoś nie chce jeździć komunikacją publiczną, bo ludzie śmierdzą. Za czasów Prusa nie było autobusów, ale w swojej publicystyce pisał wielokrotnie np. o tym, że mamy paskudne zęby albo że w całym "mieście gubernialnym Siedlce" nie ma ani jednej porządnej łazienki. *No tak, ale Prus akurat chyba o wszystkim co polskie, pisał, że było złe. *Tak, Prus jest wyjątkowo okrutnym autorem.*Chyba wyjątkowym hejterem? *To ciekawe, bo z jednej strony, rzeczywiście, pisał o Polsce i Polakach właściwie same złe rzeczy, ale – z drugiej strony – robił to z pewnego rodzaju czułością i empatią…*No nie wiem, w przytaczanych przez ciebie obficie cytatach tej czułości ani empatii nie znajduję. *To prawda, ale jest w jego publicystyce wyczuwalne zaangażowanie emocjonalne. Nawet kiedy krytykuje Polskę, robi to z miłości. Prus absolutnie nie był hejterem. Był autorem okrutnym, ale były to okrucieństwa z miłości.*Ale przecież Prusowi absolutnie nic się nie podoba i ciągle mu źle. *Może poza momentami, kiedy jedzie do Nałęczowa, i podoba mu się ładna przyroda. Ale poza tym jego publicystyka rzeczywiście wygląda tak, że wszystko złe. Bruki krzywe, brudno, śmierdzi, kuchnie zaświnione, śmieci leżą na ulicach, domy niehigieniczne, drogie, walą się, zmysłu estetycznego nam brak, balkony odpadają od kamienic, naród chciwy, tępy, skłonny bardziej do bijatyki niż do książek, elity też beznadziejne, interesują ich bardziej wyścigi konne niż działalność umysłowa. Na ulicach pełno żebractwa, dzieci cherlawe, naród biedny, ciemny i niedomyty. Absolutna groza.*A i dola publicysty niegodna pozazdroszczenia. *Jako element narodowego autostereotypu bardzo często powraca przekonanie, że mamy w Polsce niskiej jakości elity, a z drugiej – że bardzo źle płaci się u nas wybitnym jednostkom, nie szanuje się ich. Bardzo często powraca też opinia, że żeby zostać sławnym w Polsce trzeba zdobyć sławę i uznanie za granicą, i dopiero wtedy Polacy potrafią dostrzec wielkość takiego dlaczego Prus tak ostro, nazwijmy rzecz po imieniu, "jechał z Polakami"?Prus chciał być maksymalnie komunikatywny i perswazyjny. To niesłychanie inteligentny autor. Jego publicystyka może się czasami wydawać łopatologiczna, ale to było zamierzone. Chodziło o to, żeby dotrzeć jak najskuteczniej, jak najszerzej, żeby ten przekaz był maksymalnie jasny. Prus jest dzisiaj autorem zupełnie upupionym. Zrobiono z niego dobrodusznego dziadunia, takiego jak na pomniku na Krakowskim Przedmieściu...*Co oczywiście nie ma nic wspólnego z rzeczywistością? *Jan Polkowski niedawno napisał, że Prus był pisarzem antypolskim. I dostał za to, co napisał, od swoich kolegów z prawicy po głowie. Ale Polkowski miał rację. Prus w tym sensie był antypolskim pisarzem, że z upodobaniem pisał o polskich wadach. I był w tym naprawdę bezlitosny. Jest taki cytat z Prusa piszącego o śmierci dziecka, które urodziło się bez mózgu: "Dlaczego zwiędłeś przedwcześnie, biedny kwiatku, na gruncie, który tak sprzyja najdłuższemu życiu podobnych do ciebie indywiduów?”. Potem zastanawiał się, jaki by z dziecka wyrósł polski literat, artysta czy ekonomista – ponieważ przy urodzeniu wykazało już tyle kwalifikacji do wszystkich tych zawodów.*Czy to przypadek, że wyłącznie Prusowi poświęciłeś pierwszy rozdział książki? Czynisz go tym samym patronem polskiego autostereotypu? *Można tak powiedzieć. Bardzo Prusa lubię i szanuję, zwłaszcza jako publicystę. Nie jestem wielbicielem jego prozy, ale potem przeczytałem "Kroniki tygodniowe"…*Wszystkie? *Tak, całe 20 tomów, i to dla przyjemności, na długo zanim zacząłem pisać książkę. Co mnie uderzyło po lekturze całości? Że to jest kompletny opis "polskości", Polaków. I że jest to opis niesłychanie aktualny. Dlatego ten pierwszy rozdział jest rodzajem syntezy – znajdziesz tam właściwie wszystkie cechy, które później powracają u bardzo różnych autorów.*Zdanie, które chyba najczęściej powraca w książce, brzmi: "Tego rodzaju przykłady można by mnożyć bez końca". *Oczywiście, bo zebrałem tych cytatów o Polsce i Polakach dużo więcej i wszystkie z nich można by wymienić na zupełnie inne, przez kogo innego i w innym czasie powiedziane. Mógłbym ułożyć jeszcze ze trzy tomy z samych cytatów, antologię samooskarżeń Polaków. Starałem się wybrać te najciekawsze, najzabawniejsze, najlepiej napisane.*A czy da się ustalić, w jakiś sposób zweryfikować, ile jest prawdy w danym stereotypie? *Nie wiem, bo nie próbowałem tego robić, choć przynajmniej w niektórych wypadkach dysponujemy odpowiednimi badaniami czy danymi. Jednym z elementów autostereotypu jest to, że Polacy nie czytają książek ani prasy. I wiemy, że na tle innych narodów europejskich o porównywalnym poziomie dobrobytu Polacy czytają strasznie mało. Możemy więc powiedzieć, że akurat to wyobrażenie na nasz temat jest zgodne z prawdą.*Ale ciebie "sprawdzanie" tych autostereotypów nie interesowało? *Nie, interesowało mnie wyobrażenie własnej wspólnoty jako fakt społeczny. Bo samo to wyobrażenie jest faktem. Jeżeli np. uważamy, że w Polsce wszyscy kradną albo że większość ludzi jest nieuczciwa, to to wpływa na nasze postępowanie na co dzień.*Np. na to, że sami przestajemy być uczciwi? *Tak, bo jeżeli wszyscy kradną, to dlaczego ja mam przestrzegać reguł, które wszyscy mają gdzieś?*Ale w książce starasz się tych poszczególnych autostereotypów nie oceniać? *Nie oceniam, bo traktuję je jako coś, z czym trzeba żyć. Te cechy mogą mnie oczywiście irytować, i irytują, ponieważ ich wszechobecność sprawia, że życie w Polsce jest mniej przyjemne, niż chciałbym, żeby było. W tym sensie mam do nich emocjonalny stosunek.*Niechętny. *Niechętny? Ja ich organicznie nie znoszę! Ale to nie chodzi o to, że nie znoszę Polaków. Lubię bardzo wielu Polaków i nie uważam, żebyśmy byli bardzo inni od innych narodów. To, czego nie lubię, to jest ta kompozycja wyobrażeń na swój własny temat, która się tutaj unosi nad wszystkim jak taka ciężka trująca chmura. Nasze wyobrażenia o nas samych są toksyczne. Nastawiają nas negatywnie wobec własnego kraju i rodaków. Co więcej, to się niesłychanie skutecznie reprodukuje przez sami sobie niszczymy zbiorowe samopoczucie?Absolutnie tak. I jednostkowe, i zbiorowe, nierozerwalnie związane, bo trudno jest czuć się dobrze w kraju, który cały czas mówi o sobie, że jest fatalny.*To inaczej. Czy autostereotypy są prawdziwsze od stereotypów na nasz temat tworzonych przez "obcych"? Czy nie wiemy na swój temat więcej, niż wiedzą o nas obcokrajowcy? *To skomplikowane. Paradoksalnie często wiemy o sobie raczej mniej niż obcy, ponieważ nasze postrzeganie siebie jest filtrowanie przez różne uprzedzenia, wyobrażenia i przekonania o nas samych. Ale nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Na pewno opinia cudzoziemców o Polsce zawsze bardzo się liczyła w naszej optyce. Byliśmy i jesteśmy na nią wrażliwi, co jest typowe dla kraju kraje peryferyjne polegają na tym, że peryferia interesują się tym, co jest w centrum, a centrum nie interesuje się tym, co jest na peryferiach. Dlatego w Polsce inteligencja interesowała się i interesuje tym, co się pisze i czyta w Paryżu (kiedyś) lub Nowym Jorku (dzisiaj), ale tam się raczej nami i naszą lokalną produkcją nie książce piszesz, że potężny kompleks niższości zderza się u nas z ogromnym poczuciem własnej godności. Dwie sprzeczności, które się ze sobą nie kłócą?Doskonale się godzą. Powiedziałbym, że poczucie klęski napędza pewien rodzaj dumy i przekonania, że może jesteśmy biedniejsi i może przegraliśmy, ale moralnie zawsze jesteśmy zwycięzcami.*Ale to przecież nie dotyczy tylko Polski. *Oczywiście, że nie. Negatywny autostereotyp jest typowy dla krajów, które przegrywały, które bardzo mocno dostawały po głowie od historii. I jest to reakcja i zachowanie, które każdy z nas bardzo łatwo umie sobie psychologicznie wytłumaczyć. Ofiara, która jest ciągle bita, w którymś momencie zaczyna się zastanawiać – może na to zasłużyłem, może to ze mną jest coś nie tak? I Polacy również sobie takie pytania zadawali. Może ciągle przegrywamy te powstania, bo coś jest z nami nie w porządku? Może jesteśmy niezorganizowani, może jesteśmy beznadziejni, może mamy słabych dowódców?*Wspomniałeś, że nie jesteśmy bardzo różni od innych narodów. Może nie różnimy się i pod tym względem, że wszyscy mają w swojej ofercie sporo negatywnych autostereotypów? *Dość trudno to porównywać, ale jest bardzo możliwe, że narody peryferyjne i biedniejsze myślą zawsze o sobie gorzej. Obstawiałbym, że tak jest. Mają większe kompleksy, poczucie niższości, poczucie przegranej, poczucie drugorzędności… W związku z tym wiadomo - np. z różnych międzynarodowych badań porównawczych - że ludzie w najbiedniejszych krajach oceniają gorzej także uczciwość i różne inne cechy społeczne swoich współziomków.*Ale co jest tutaj przyczyną, a co skutkiem? *No właśnie! Czy kraje bogate są bogate, bo ludzie się lubią i są uczciwi wobec siebie nawzajem? Czy przeciwnie – ludzie w krajach bogatych mają tak duże poczucie komfortu, że mogą sobie pozwolić na ryzyko zaufania drugiej osobie?*A czy zaryzykowałbyś twierdzenie, że np. Niemcy mają tych negatywnych myśli, autostereotypów na swój temat mniej od Polaków? *Tak, wydaje mi się, że mają ich mniej. Mają znacznie większy komponent pozytywny. Sądzę, że myślą o sobie np. że są pracowici, zorganizowani, zrównoważeni, etc.*Mówiliśmy wcześniej o brudzie, bałaganie. Czy mamy inne autostereotypy, które zanikają, przestają się pojawiać? *Tak. Najbardziej kluczowa zmiana – i to na lepsze – dotyczy autostereotypu, według którego Polacy nie potrafią pracować i są leniwi.*W tej chwili istnieją właściwie dwa autostereotypy, pozytywny i negatywny. Według jednego – jesteśmy nierobami, według drugiego – pracusiami i rzetelnymi robotnikami. *I to jest, moim zdaniem, właśnie efekt zmiany wyobrażenia na swój temat, która właśnie się dokonuje. Gdzieś tam pozostaje jeszcze tradycyjne przekonanie, że Polacy nie potrafią pracować – bo ono było bardzo głęboko ugruntowane – że są leniwi, niezorganizowani, marzą tylko o tym, żeby pójść do domu…*Z czego to wynikało? *W dużym stopniu była to narracja szlachty o poddanych. Pewnie też słuszna, bo przecież chłop nie miał żadnego interesu w tym, żeby się przemęczać. Wręcz przeciwnie – w jego interesie było pracować jak najmniej. W związku z tym szlachta narzekała na leniwych chłopów od kiedy tylko produkowała teksty na ten temat. Przypomnijmy sobie chociażby "Satyrę na leniwych chłopów" ze szkoły.*A teraz jesteśmy narodem bardzo pracowitym czy tylko tak o sobie mówimy? *Na pewno lubimy tak o sobie mówić, ale badania wydają się to potwierdzać. Polacy z pewnością spędzają bardzo dużo czasu w pracy, ale to nie oznacza od razu bardzo dużej pracowitości. *Wspominaliśmy już o Prusie czy innych – będę się złośliwie upierał – ojcach elitarnego, świetnie napisanego, stylizowanego, ale jednak hejtu. Czy nie korciło cię, by więcej miejsca poświęcić dzisiejszym internetowym nienawistnikom? * Planowałem początkowo, żeby ta książka była bardziej demokratyczna, ale teksty pisane przez ludzi z elit były po prostu ciekawsze i lepiej napisane. Mógłbym zapełnić książkę wyciągami z komentarzy z internetu, ale kto by to chciał czytać? Wszyscy babrzemy się w tym syfie na co dzień.*Czyli nie uważasz hejtu za ciekawy nawet jako zjawisko? *Nie uważam. Hejt – na dłuższą metę – jest nudny. Jest oblepiający. Nie ma sensu go powielać.*Ale przecież już tytuł twojej książki – "No dno po prostu jest Polska" – wziąłeś z internetowego forum, z hejterskiego wpisu internautki na temat Polski. *Tak, ale ten tytuł to pewna prowokacja. Wydawnictwo sugerowało mi, żeby ten tytuł zmienić – np. na "Polska jest dnem" czy coś takiego. Ale to po pierwsze, miałoby zupełnie inny sens, a po drugie, psułoby zupełnie specyficzny urok tego oryginalnego wyrażenia. Ta internautka przejechała się po wszystkim: krajobraz, klimat, architektura, ludzie, kuchnia… Wszystko według niej u nas jest dramatycznie złe. I zakończyła słowami: "no dno po prostu jest Polska”.Później odkryłem, że ten list internautki jest zresztą bardzo podobny do listu Zygmunta Krasińskiego wysłanego z Florencji w roku 1836, który również cytuję w książce. To był oczywiście subtelny intelektualista, ale opinię miał podobną, tylko wyraził ją inaczej.*Gdy znajdowałeś takie analogie, z przeszłości i z dzisiaj, między internautką a Krasińskim, cieszyły cię takie ponadklasowe, ponadczasowe związki i koalicje? *Raczej potwierdzały, że dotknąłem czegoś ważnego i uniwersalnego w Polsce. Znalazłem ten wpis internautki, gdy zbierałem materiały do książki. Chciałem się zorientować, jaka jest ogólna temperatura dzisiejszej debaty o polskości.*I jaka jest? *Przygnębiająca. Zwróć uwagę, że obojętnie o czym się dyskutuje – źle, zawsze i wszędzie. Hejt. W Polsce nic nie może się udać, w Polsce nigdy nie będzie dobrze. Samochód się rozbił? Wiadomo, jakiś rzęch, kierowca na pewno był pijany… Himalaista zamarzł na szczycie ośmiotysięcznika? Wiadomo, uciekał przed alimentami i urzędem skarbowym. jak u Prusa. Nie powiedziałbyś, że dzisiejsi anonimowi hejterzy to spadkobiercy Bolesła…(przerywa) Nie! Zdecydowanie może chociaż Dmowskiego, Piłsudskiego lub Gombrowicza?Też nie. Oni mieli pomysł na Polskę. Hejterzy po prostu Grzegorz Wysocki, WP Opinie*Adam Leszczyński *– profesor socjologii historycznej w ISP PAN w Warszawie, publicysta portalu Wydał książki „Sprawa do załatwienia. Listy do Po Prostu” (2000), „Naznaczeni. Afryka i Aids” (2003), „Anatomia protestu. Strajki robotnicze w Olsztynie, Żyrardowie i Sosnowcu, 1981” (2006), „Zbawcy mórz i inne afrykańskie historie” (2012), „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” (2013), „Eksperymenty na biednych. Polityczny, moralny i ekonomiczny spór o to, jak pomagać skutecznie” (2016) oraz „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (2017). Obecnie pracuje nad książką pod roboczym tytułem „Ludowa historia Polski”.Czytaj także: Andrzej Stasiuk: Kaczyński to najbardziej samotny człowiek w Polsce
WPŁYW DEMOKRACJI NA ŻYCIE CODZIENNE Ważną kwestią jest również to, czy Polacy zauważają wpływ ustroju państwa na ich życie codzienne. Okazuje się, że – średnio na przestrzeni lat 1992–2021 – jedynie dla nieco ponad połowy badanych (52%) miało znaczenie, czy rządy są demokratyczne czy też nie.
Nowe namiary na Bloglovin Follow my blog with BloglovinCiekawa jestem czy macie takie książki, po których przeczytaniu postanowiliście odmienić (i to gruntownie) Wasze życie? Dla mnie takim « przełomem » okazała się książka (nieżyjącego już) Davida Servan-Schreibera Antyrak. Ale po niej przyszły kolejne, które utwierdziły mnie w potrzebie zmiany i pokazały drogę krok po lat temu zmagałam się z uciążliwym chronicznym problemem ze zdrowiem. Po prostu byłam wiecznie przemęczona, zestresowana, nie opuszczał mnie nieodłączny ból gardła. Panicznie bałam się, że kolejny krok to RAK.[Tweet “Czasami strach znika, gdy w końcu stawiamy mu czoła.”]Pierwsza książka: David Servan Schreiber “ANTYRAK”.W pobliskiej księgarni wypatrzyłam grubaśną pozycję ANTYRAK – zapobiegać i walczyć z nim przy użyciu naturalnych sił organizmu. Książkę pochłonęłam w ciągu kilku wieczorów. I zaczęłam żyć czym jest ta książka. To historia młodego ambitnego lekarza u progu błyskotliwej kariery naukowej w kraju nieograniczonych możliwości (USA), u którego zupełnie przypadkowo zdiagnozowano nowotwór mózgu. To dogłębnie przewraca jego życie. Po początkowym okresie « niezrozumienia » (dlaczego ja?) i buntu, młody naukowiec zaczyna szukać jak mógłby pomóc sobie i innym w walce z rakiem. W książce przeplata się wątek autobiograficzny wraz z praktycznymi poradami, co robić (jak żyć, co jeść), by skuteczniej opierać się chorobie nowotworowej, wzmocnić swój organizm, swoją psychikę i lepiej się można zrobić wiele. I przede wszystkim nie poddawać się.[Tweet “Twoje postanowienie, by zwyciężyć jest ważniejsze niż cokolwiek innego. Lincoln”][Tweet “Kto walczy, może przegrać. Kto nie walczy – już przegrał. Bertold Brecht”]Rak jest chorobą cywilizacyjną naszych czasów. Przemysł farmaceutyczny pracuje nad coraz nowymi i coraz to skuteczniejszymi formułami nowych leków do walki z tą epidemią. I chwała mu za to. Ale ma w tym swój interes. Bo za tym stoją ogromne pieniądze i ogromne potrzeby wielu ludzi. Ale to syntetyczne formuły, które nie istnieją w przyrodzie. Tymczasem natura jest również naszym sprzymierzeńcem w walce o zdrowie. Tylko, że występujących w naturze substancji nie da się opatentować i zbić na nich majątku. Natura chojnie wyposażyła rośliny w rozliczne substancje do obrony przed agresywnymi czynnikami zewnętrznymi, przed promieniowaniem słonecznym, przed wolnymi rodnikami. Te substancje – naturalne przeciwutleniacze, barwniki roślinne, czyli różne polifenole, karotenoidy, flawonoidy … Mamy ich tu całe bogactwo i warto z niego skorzystać, równolegle z klasycznym czosnek, kapusta, rozmaryn, winogrona, brokuły, kurkuma (i zawarta w niej kurkumina), pomidory (likofen), omega 3, czarna czekolada, truskawki, soja i wiele wiele innych. Znajdziemy w nich wiele substancji do walki z komórkami nowotworowymi. Niech Twoja żywność będzie Twoim lekarstwem. to, co jemy codziennie, codziennie oddziaływuje na nasze zdrowie. Małymi krokami dochodzimy do wielkich celów, albo … wpędzamy się w klasyczny talerz współczesnego Europejczyka to same białasy: biały chleb, biały makaron, biały ryż, cukier (rak żywi się cukrem), produkty mleczne (niby na zdrowie?, ale stoi za nimi potężne lobby i grube pieniądze).Ale najskrupulatniej przestrzegana dieta, to nie wszystko. Psychika. Jest potężnym siłaczem i naszym najlepszym sprzymierzeńcem w walce o zdrowie. Ale trzeba o nią dbać.[Tweet “Nie mów, że nie możesz. Od razu powiedz, że nie chcesz.”]Jak ta książka odmieniła moje życie? Zaczęłam robić sobie więcej sałatek, najprostszych, na to pozwalały moje skromne wówczas umiejętności kulinarne. Ale żeby dobrze się odżywiać wcale nie potrzeba wiele. Zaczęłam więcej się ruszać. Całą zimę przepedałowałam na domowym rowerku treningowym. Nawet nie wiecie jak wspaniale można się przy tym wypocić i wyrzucić na zewnąrz zalegające gdzieś po kątach toksyny. Krew szybciej krąży po organizmie i porywa do obiegu zalegające czasami latami, zapomniane toksyny, oddychamy głębiej, mózg zaczyna wydzielać endorfiny czyli hormony szczęścia i czujemy się na siłach stawić czoła przeciwnościom. Co prawda rowerek tego nie wytrzymał (dlatego teraz biegam), ale To była pierwsza zima w moim życiu, którą przeżyłam bez antybiotyków. Postanowiłam dalej iść w tym kierunku. Troszeczkę przyłożył do tego rękę bieg wypadków. Poznałam mojego męża Irańczyka i siłą rzeczy przestawiłam się na orientalną (a więc zdrowszą) kuchnię (ryż basmati, wiele owoców i warzyw). Jednocześnie mój teść walczył wtedy z chorobą nowotworową (dotyka też Irańczyków).Ale przede wszystkim poczułam, że sama wiele mogę zdziałać dobrego dla mojego zdrowia, a nie ciągle opierać się tylko i wyłącznie na lekarstwach na bolące gardło, no to, czy na tamto. Podniosłam głowę i uwierzyłam, że moje zdrowie jest w moich rękach. Dotychczas biernie akceptowałam ból, bo lekarze nie potrafili mi pomóc. Współczesna medycyna gorzej radzi sobie z chronicznymi chorobami, za które odpowiedzialny jest nasz współczesny styl książka: Christopher Vasey “Zdrowie jest kwestią równowagi”.Zaczęłam zaglądać do pobliskiego sklepiku z żywnością ekologiczną (po francusku bio – stąd nazwa mojego drugiego bloga MODA NA BIO). Tam rzetelnie przeczesałam półkę z książkami. Jedną z pierwszych pozycji, które wtedy wpadły mi w rękę była książka szwajcarskiego naturopaty Christophera Vasey “Zdrowie jest kwestią równowagi”.To był mój pierwszy kontakt z taką wizją zdrowia i zarazem kolejne olśnienie. Nasz organizm stanowi nierozłączną całość. Nasze orgazny funkcjonują jak naczynia połączone. Tymczasem współczesna medycyna coraz bardziej idzie w kierunku coraz węższej specjalizacji. I tak leczymy jeden organ, nie zmieniając nic w naszym sposobie życia, usuwamy dokuczliwe symptomy (np ból gardła), a tak na prawdę przesuwamy problem w inne miejsce. To tak jak zamiatanie śmieci pod wycieraczkę. Co z tego, że ich nie widać, skoro po jakimś czasie zaczną stamtąd przerazliwie śmierdzieć i ponownie psuć nam samopoczucie. Ból, choroba, stan zapalny jest pierwszym sygnałem alarmowym, że w organizmie (jako całości) coś dzieje się nie tak. Najczęściej problem wyskakuje w najsłabszym (genetycznie), albo najsilniej eksploatowanym organie (ja chciałam być śpiewaczką operową i przeforsowałam gardło). Co z tego, że zaleczymy symptomy (np ból gardła). Zaleczony powierzchownie problem wyskoczy w innym miejscu. Bo organizm gdzieś musi upchnąć toksyny, albo którędyś musi usunąć je na zewnątrz. Tymczasem jak to mawia Szrek: lepiej na zewnątrz, niż do złego działo się w moim organiźmie? Normalka. Produkt uboczny naszych czasów i naszego stylu życia : brak ruchu, stres, wieczne przemęczenie i niedosypianie, nierozsądna dieta (a w niej sam białasy i dużo cukru). To stąd bierze się nadmierne zakwaszenie organizmu (bolączka naszych czasów). A dalej organizm czerpie z rezerw wapnia i magnezu, by zneutralizować zbyt kwaśny odczyn (bierze go z włosów, zębów czy kości). Stąd wypadają nam włosy, łamią się paznokcie, mamy przeszarzałą cerę, kryształki kwasów boleśnie wbijają się w nasze mięśnie (ach te korzonki czy Bóg wie co, ale w końcu gdzieś trzeba to wszystko poupychać).Pochłonęłam kolejne książki Christophera Vasey o zakwaszeniu organizmu, o oczyszczaniu. Nie wiem czy te pozycje zostały przetłumaczone na polski. To książki popularno-naukowe, ale napisane bardzo łopatologicznie. Autor wyjaśnia mechanizmy tego, co dzieje się w naszym organizmie i pokazuje, jak możemy sobie pomóc. No i przestrzega, by robić sobie dobrze, ale … z umiarem. Sama rzuciłam się w wir oczyszczania organizmu i przedobrzyłam (odnotowałam kolejny spadek formy). To typowy błąd debiutanta. Chcemy do wszystkiego dojść jak najszybciej, zaraz, od razu, na maksa. A tymczasem należy działać z głową i w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem. Ale no cóż uczymy się na błędach.[Tweet “Człowiek, który nie robi błędów, zwykle nie robi niczego. Edward John Phelps”]Ja z moich doświadczeń i przebojów ze zdrowiem, wyciągnęłam jedną naukę. Dla zdrowia najlpeszy jest umiar (zdrowie jest kwestią równowagi) i radość życia. Pasja, energia, ochota do działania = witalność. To wszystko dobrze wpływa na nasz kapitał enzymatyczny (czyli ilość enzymów, które mamy w naszym organizmie).Trzecia książka: Hiromi Shinya “The Enzyme Factor” Enzymy odgrywają ważną rolę. Według dr Howella pioniera badań nad enzymami cały nasz organizm, wszystkie jego organy funkcjonują dzięki enzymom. Trawienie, zastępowanie starych spracowanych komórek przez nowe, usuwanie toksyn, odtruwanie organizmu są rezultatem działania enzymów.[Tweet “Im szybciej zużyjemy nasz kapitał entyzmatyczny, tym krótsze będzie nasze życie.”]Enzymów dostarcza nam żywa żywność, zdrowy tryb życia (z umiarem). Ale w jakiś cudowny sposób pomnażają go dobre emocje. Dlatego od skrupulatnego przestrzegania rygorystycznej diety ważniejsze jest życie pełnią życia i czerpanie z niego przyjemności. Ale z umiarem. Współczesny człowiek płaci swoim zdrowiem za swoje nienasycenie (obżarstwo) i za nieszanowanie praw tym wszystkim dowiedziałam się z cudownej książki japońskiego lekarza Hiromiy Shinya. Każdy z nas słyszał o przypadkach cudownego uzdrowienia w sytuacji, gdy lekarze nie dawali już żadnej szansy. Oczywiście ważna jest tu wola walki, ale równie ważny jest apetyt na życie (bo ten podsyca wolę walki) i pozytywne emocje.[Tweet ” Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Św Augustyn”]Oczyszczenie się ze złych emocji, pogodzenie z bliskimi i przeżycie dogłębnego oczyszczającego poruszenia może być kluczem do urazy jest jak picie trucizny w nadziei, że pozabija Twoich wrogów. Nelson MandelaDbaj o swoją pozytywną energię. W każdym z nas jest zdolność odrodzenia się. Dlatego powinniśmy myśleć o tym, co mamy, a nie o tym, czego nam książka: “Moja metoda” France GuillainStarsza pani rodem z francuskiej Polinezji, energiczna kobitka z charekterem, która odchowała gromadkę dzieci. Z niewyparzonym językiem. Nie za bardzo przejmująca się poprawnością polityczną (dlatego właśnie to, co pisze tak dociera do odbiorcy – byłaby z niej świetna blogerka). Mimo zaawansowanego wieku (koło 70) tryska energią. Jestem pewna, że gdyby była świadkiem napadu na bank, własnoręcznie przywaliła by napastnikom torebką (jak pewna starsza pani w Angli). Ten niegasnący zapał do życia przebija z wszyskiego, co pisze. France Guillain zaraziła mnie swoim umiłowaniem do glinki. Zawsze mam jej spory zapas w domu i biorę ze sobą w każdą podróż. Po co ? To proste. Nigdy nie wiadomo, do czego może mi się czego może posłużyć glinka?Można posypać nią zupełnie niepoprawny (politycznie) pryszcz, który z pełną premedytacją wyskoczył nam przed pierwszą randką. Posypujemy go sproszkowaną glinką, która go zasusza i jednocześnie żołądka, zatrucie pokarmowe, prozaiczna biegunka w dniu ważnej rozmowy kwalifikacyjnej o pracę. Wrzucamy łyżeczkę glinki do szklanki wody, mieszamy, pijemy i po krzyku. Glinka robi porządki w organiźmie, blokuje drobnoustroje, naprawia uszkodzone tkanki i hamuje zęba, obolałe dziąsła, stan zapalny na kempingu, z dala od jakiejkowliek pomocy medycznej. Okład z glinki doraźnie złagodzi glinki wymaga czasu i cierpliwości (jak blogowanie). Jedna ważna rzecz, o której piszą tylko prawdziwi znawcy glinki (jak France Guillain), a której nie wiedzą ci, którzy tylko kopiują o niej to, co zostało już wcześniej ciągnie do siebie wszystkie zanieczyszczenia z całego organizmu. Dlatego jeżeli robimy z niej okład na chory organ równolegle warto położyć drugi okład na jeden z punktów drenujących (w dolnej części brzucha, albo na wgłębienie na karku). Dlatego niektóre osoby (w tym ja) miały złe pierwsze doświadczenie z glinką. Pierwszy raz położyłam sobie okład z glinki na chore ucho i jego stan znacznie się pogorszył. Normalne. Glinka przyciągnęła tam dodatkowe zanieczyszczenia, które szwędały się do całym się rozpisałam, wskoczyłam na swojego konikia i pogalopowałam. Ale starczy. Pozdrawiam Was pokazuję ostatnio swojego dziergania, bo cały czas chowam nitki w ponczu ze 110 elementów. Idzie mi to jak po serdecznieBeataMoje małe codzienne życia można uczyć się od albo inny zwierzak to dobry towarzysz i antidotum na samotnośćTorebką szydełkową można i tak wymiatać. Rośnie mi kolejna przyjemności muffinki bezglutenowe (z mąki ryżowej), bez laktozy czyli bezmleka (z jogurtem sojowym), bez cukru (ale na słodko), cukier zastąpiłam syropem z agawy, bo ma o wiele niższy indeks glikemiczny. Samo zdrowie, a ile wpisyDlaczego dotyka nas epidemia raka? Czy mozna ustrzec sie przed rakiem? Post w ramach wyzwania u Maknety
Lubisz się śmiać? Teksty, które zmieniły życie Polaków. 77,555 likes · 61 talking about this. Jeżeli lubisz się śmiać to ta strona jest dla Ciebie :)
Jak wynika z badania ilościowego przeprowadzonego przez SW Research, około 45 proc. Polaków uważa, że zakaz handlu w niedzielę utrudnia prowadzenie biznesu małym przedsiębiorcom. Natomiast opinie przedsiębiorców wyrażane w wywiadach Danae pokazują, że zmiana liczby klientów i konsekwencje z tym związane pozostają w ścisłym związku z lokalizacją punktu handlowego czy usługowego. Na utratę części klientów, a tym samym obniżenie przychodów, wskazują głównie ci przedsiębiorcy, których lokale znajdują się w centrach handlowych. Przedsiębiorcy zgodnie uznali, że w efekcie wprowadzenia i zwiększenia liczby niedziel wolnych od handlu najbardziej poszkodowani zostali właśnie najemcy mniejszych stoisk/wysp/lokali gastronomicznych w centrach handlowych. Z ich obserwacji wynika, że choć część klientów niedzielnych odwiedza obecnie galerie w soboty, to często ich wizyty przebiegają bardziej pospiesznie niż to miało miejsce wcześniej w niedziele, przychodzą w konkretnym celu i nie korzystają tak chętnie z dodatkowych zakupów czy konsumpcji. Strat nie wyrównują nawet wydłużone godziny pracy w inne dni. - Sobota tego nie rekompensuje. Ta histeria (pospiesznych zakupów – przyp.) przesuwa się na Biedronkę lub Lidla, inne miejsca niż te nasze małe sklepy – twierdzi przedsiębiorca ze sklepu spożywczego. Badani są przede wszystkim nastawieni na samodzielność, podmiotowość i działanie, a także sprzeciwiają się ingerowaniu państwa w ich działalność, a tak właśnie wielu z nich postrzega ograniczanie handlu w niedziele. - Nie pracowałam w markecie, ale wolałabym pójść w niedzielę do pracy i mieć wolne w tygodniu, odebrać dziecko ze szkoły wcześniej i odrobić z nim na spokojnie lekcje – mówi właścicielka salonu kosmetycznego. - Ta prorodzinna niedziela wygląda tak, że korzystają z nich tylko rodzice z małymi dziećmi, ale starszych już nie widać – dodaje. Badani wskazywali, że każdy człowiek sam powinien móc zdecydować, w jaki sposób spędzi niedzielę i jeżeli chce spędzić ten dzień na zakupach, to powinien mieć taką możliwość. Niektórzy proponowali referendum. Inni podkreślali, że wspólne robienie zakupów i wspólna rozrywka czy posiłki w lokalach może być również integrujące dla rodziny. Na pytanie, jakie zmiany wprowadził zakaz handlu w życiu rodzinnym, szefowa biura podróży odpowiada: - Wprowadził chaos, bo wydaje się, że tego czasu mam więcej, a de facto wcale go nie mam, bo muszę się bardzo starać, żeby zrobić wszystkie obowiązki w niedzielę i połączyć to z czasem dla rodziny. Zaburzył też tę harmonię przychodów w biznesie. Jest dopiero kwiecień, więc za szybko, żeby to ocenić w skali roku, ale trochę się obawiam jak to będzie wyglądało w kolejnych miesiącach. Czuję mniejszą stabilność w tym momencie. Matki zatrudnione w firmach, szczególnie w handlu, mają różne spojrzenia na wprowadzenie wolnych niedziel. Dla części z nich jest to szansa na wspólne spędzenie czasu z bliskimi, posiadanie go wtedy, kiedy i reszta rodziny, co umożliwia całodzienne wycieczki czy wyjścia na różne uroczystości, które zazwyczaj odbywają się w niedzielę. Jednak nawet gdy deklarowały, że nie lubią chodzić w niedzielę do galerii handlowej, to przyznawały, że zdarzało im się to robić, np. na prośbę dzieci. Inne matki zauważają, że wprowadzając niehandlowe niedziele, odebrano im możliwość spędzenia czasu w taki sposób, w jaki dotychczas lubiły ją spędzać – wybierając się na rodzinne zakupy, na które w tygodniu nie ma czasu, często połączone z wizytą w restauracji, czy w kinie. Na przykład pani Anna, pracująca na stacji benzynowej zauważa różnicę między pracą w niedzielę a w inne dni: - W tygodniu klienci przyjeżdżają i chcą być obsłużeni szybko, natomiast w weekendy przychodzą bardziej na kawę, posiedzieć. W tygodniu często ludzie umawiają się na jakieś spotkania, natomiast w weekendy przychodzą rodzice z dziećmi, bo np. jadą na rowerze i zatrzymują się po wodę. Nie ma takiego napięcia. Niektórym matkom pracującym w niedzielę zmiany wręcz utrudniły organizację życia rodzinnego. Dla części z nich oznacza to większą troskę o zapewnienie opieki nad dziećmi w tygodniu, co jest jeszcze trudniejsze, jeśli obydwoje rodziców pracuje w trybie zmianowym. Pani Monika (pracująca w handlu) mówi: - Mam koleżankę w pracy, która chciałaby pracować w niedzielę, bo teraz muszą wszyscy razem siedzieć z dzieckiem, a tak to mogliby się wymieniać i łatwiej byłoby im pogodzić opiekę nad dziećmi. Łatwiej im było żonglować tą opieką, bo jedno pracowało w jeden weekend, drugie w drugi i ta opieka zawsze była.
Teksty, które zmieniły życie Polaków. 77,699 likes · 187 talking about this. Jeżeli lubisz się śmiać to ta strona jest dla Ciebie :) ·
zapytał(a) o 19:15 Zycie codzienne Polakow podczas Okupacji. prosze o dosc dlugi i madry opis zycia codziennego podczas II wojny bedzie to madry opis , a odpowiedzi maja byc tylko i wylacznie na temat . prosze szybko dawac odpowiedzi Ostatnia data uzupełnienia pytania: 2013-04-05 19:41:04 To pytanie ma już najlepszą odpowiedź, jeśli znasz lepszą możesz ją dodać 1 ocena Najlepsza odp: 100% Najlepsza odpowiedź blocked odpowiedział(a) o 16:34: Głębokie zmiany dotyczące codziennego życia mieszkańców, do których trudno się było dostosować przyniosła ze sobą okupacja. Dzieci zostały pozbawione dzieciństwa, młodzież możliwości nauki i zabawy, starsi wszystkiego, na co pracowali całe lata. Najgroźniejsza kara, mianowicie kara śmierci, czyhała na każdym kroku, często tylko za to, że jest się Polakiem. Śmierć, egzekucje, przesiedlenia, krzyk, poniżanie, bicie stały się codziennością, jakby przyjętą zasadą traktowania ludności mieli być tylko siłą roboczą nauczoną liczyć do kilkuset i rozumieć podstawowe zwroty niemieckie. Ludność pozostała na miejscu została zmuszona do pracy na rzecz nowych właścicieli. Obowiązkiem pracy została objęta ludność od 14 do 65 roku życia, ale w praktyce zdarzało się bardzo często, że prace wykonywały również młodsze dzieci.„Wstałam rano niewyspana, obolała, bo jak tu wyspać się na stole. Szliśmy zbierać ziemniaki do „murzynki” (bauerki). Nie zdążyliśmy nic zjeść, z resztą nie było za bardzo co. Na polu przywitał nas krzyk i przekleństwa. Poganiali nas Niemcy do pracy nie pozwalając na chwile wytchnienia. Pod wieczór pozwolili zabrać ze sobą resztę znalezionych na polu ziemniaków. Na następny dzień „murzynka” kazała nam (dzieciom) przynieść każdemu po wiaderku ostrężyn z lasu.” - tak wspomina swą codzienną pracę Joanna też dziwnego, że okupant unieważnił polskie prawodawstwo pracy i rzeczywiście wszystkie umowy o prace zostały unieważnione. Zwolnieniu z pracy nie podlegali tylko zatrudnieni w okresie międzywojennym u volksdeutschów i których oni zameldowali w Arbeitsamcie, jako swoich aktualnych pracowników. Stąd też znalezienie pracy zapewniało w praktyce uniknięcie wywózki na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Każde zatrudnienie było potwierdzane w Kenkarcie, która należało okazywać na każde żądanie polska była eksploatowana pod względem gospodarczym. Miała zapewnić zaopatrzenie Rzeszy w produkty żywnościowe. Od 1940 roku został wprowadzony przymus świadczeń produktów rolnych, czyli tzw. Kontyngentów w zbożu, kartoflach, bydle, trzodzie chlewnej, wełnie, mleku itd. Aniela Jamka wspomina: „W 1943 roku lokalny bauer miał problemy z wywiązaniem się z przymusowych kontyngentów, więc zarządził wczesnym rankiem zbiórkę u nas na placu w górnej Milówce. Poszliśmy wszyscy na borówki na Baranią Górę. Dobrze, że wziołam ze sobą dzierchce, bo szybciej mogłam nazbierać wskazaną ilość. Wcześniej organizowali podobne zbiórki np. chłopców wysyłali na zbiory grzybów lub szyszek do lasu.” Kontyngent wyznaczono także na drewno z lasu, którego na Żywiecczyźnie nie furmani znaleźli prace przy zwózce drewna. Zachował się system płac dla pracowników leśnych. I tak dla:-zaprzęgu jednokonnego stawka dzienna ( 10 godz. pracy) – 13 RM,-zaprzęgu dwukonnego stawka dzienna( 10 godz. pracy ) - 20 RM-stawki pół dzienne odpowiednio 7,5 RM i 13 RM-dla pomocników stawki dzienne były obniżone o tym miejscu należy dodać, że cena bochenka chleba wahała się od 2 RM do 5 RM i więcej na przełomie lat 1940 – wspomina Rozalii Płoskonka: „Duża część nasych chłopów znalazła prace w lesie, jako furmani. Jak się im udało tam dostać, to mieli dobrze a czasem tez przywozili jesce cosik drzewa na opał.” Na Żywiecczyźnie podczas okupacji prowadzono na szeroka skalę dewastacyjny rabunek bogactwa naturalnych. W szczególności przedmiotem rabunkowej gospodarki okupanta stał się drzewostan. Masowe wyręby zniszczyły wartości klimatyczne, krajobrazowe i ekonomiczne utrzymania według L. Landaua były jesienią 1941 r. mniej więcej dziesięć razy wyższe niż w okresie przedwojennym. Prawie tak samo wzrosły koszty utrzymania osób o różnym poziomie zamożności. ratowano się zmieniając swój jakże skromny jadłospis, wykluczając po kolei wraz w biegiem okupacji kolejne produkty. „ anie” artykuły jak mąka czy kasza zdrożały najbardziej. Podstawą odżywiania stały się ziemniaki lub prażuchy z grubo zmielonego ziarna. Nic więc dziwnego, że nastała powszechna bieda, co znajduje miejsce we wspomnieniach, jak również w kronikach kościelnych . W Kronice Rzymsko – Katolickiego Kościoła św. Floriana w Żywcu - Zabłociu pod datą 17 marca 1940 roku czytamy: „Powszechna bieda u nas. Żywność wydaję się za kartkami. Polacy są pod tym względem upośledzeni w stosunku do Niemców i do Volksdeutschów. Dlatego ogłosiliśmy wiernym z ambony, że nie będziemy święcić w tym roku po domach darów Bożych wielkanocnych: jajek i baranka wielkanocnego, ale je poświęcimy w Kościele tym, którzy je do Kościoła przyniosą”.Jednak ludzie radzili sobie w tej sytuacji. Matki wykorzystywały różne sposoby, żeby tylko zdobyć trochę pożywienia dla swoich dzieci. Jedno z nich wspomina: „Udało się nam zakamuflować młynek żarnowy, na którym mama po nocy mieliła ukradkiem zdobyte zboże. Wszyscy mieli obowiązek już wcześnie oddać wszystkie żarna w ręce okupanta. Mama sprytnie umieściła go w stodole w otworze w ziemi, także pod warstwa słomy nie było go widać. Zdobyte zboże pochodziło z resztek po żniwach na polach gdzie po pracy mama chodził i zbierała po ziarnku do tobołka.”Zdobycie pożywienia lub dostarczenie go na wskazane miejsce stawało się nieraz nie lada wyczynem. Franciszka Pytlarz związana z ruchem oporu podczas akcji dostarczania żywności została zatrzymana przez Niemców. Zdarzenie to tak wspomina: „ W Milówce, idąc do stacji z pewną osobą, która pomagała mi nieść paczki, zostałam zatrzymana przez Niemców. Jakoś przy Bożej pomocy, znów wyszłam cało z tej opresji; nie było światła elektrycznego, a Niemcom zgasła lampa z braku nafty. Zamknęli mnie w jednym pokoju, a sami poszli do drugiego budynku po naftę. Ja szybko wyciągnęłam z plecaka ciepłe rzeczy i pochowałam pod sukienkę i gdzie tylko mogłam, a w plecaku zostawiłam cukier, mąkę, masło, wędliny i różne jeszcze produkty żywnościowe. Szwaby przyszły, zaczęły mnie przesłuchiwać, krzyczeć na mnie po niemiecku, a ja spokojnie odpowiadałam , że nic nie rozumiem, jestem Polką. Jeszcze bardziej krzyczeli, zerwali plecak, zaczęli wypakowywać żywność, otwarli drzwi, a jeden krzyknął po niemiecku (co zrozumiałam) „ wynoś się”. Ja się rozpłakałam i mówię, że tego nie ukradłam, że kupiłam, bo jesteśmy głodni. Obaj poszli do drugiego pokoju, a ja w jednej sekundzie załadowałam wszystko do plecaka i wypadłam jak szalona na ulice. Była mroźna noc dnia 5 lutego. To biegłam, to przystawałam nasłuchując czy ktoś za mną nie idzie, że może będą mnie śledzić”.Wymyślano różne sposoby, by zdobyć więcej jedzenia, które potrzebne było, by przeżyć. Wszystko produkty dostawało się na kartki. Odbierano je w sklepie, w którym kupowało się za nie produkty. Następnie kartki trafiały do gminy, gdzie wędrowały do archiwum. Procederem wykradania i powtórnego wprowadzania je w obieg zajmował się Henryk Pochanke z Gilowic. On to przez wtajemniczonych ludzi rozdawał je biednym, a także zakupione towary dostarczane były więźniom i partyzantom. Karty dla Polaków obejmowały głodowe racje, co w szczególności odczuwali mieszkańcy Żywca, jednego z dwóch miast w regionie. Wprowadzono również karty na odzież i obuwie. Karty dla Polaków oznaczone były literą P. Karty na obuwie wydawano w urzędzie Landrata, co roku na pisemną prośbę petenta. Obuwie to było zazwyczaj robocze o drewnianej lub gumowej podeszwie. Na kartę odzieżową obejmującą zaledwie 60 punktów można było otrzymać jedną licha sukienkę i około 10 m kretonu lub flaneli. Natomiast dla ludności niemieckiej na ich „Reichskleiderkarten” można było dostać 150 produktów, w których znalazły się przydziały na materiały wełniane, na suknie i płaszcze oraz komplety bielizny męskiej i damskiej, pończochy, skarpetki, ręczniki i bieliznę pościelowa, Również na produkty przemysłowe do gospodarstwa domowego przewidziano karty - „Haushalts-Pass”.A oto racje żywnościowe na okres jednego miesiąca, jakie mogli wykupić na kartki Polacy (miesięczny przydział na jedną osobę):Chleb – 6 kg ( na osobę),Mąka – 1 kg,Cukier – 0,5 kg,Marmolada – 0,32 kg,Tłuszcz (margaryna) – 0,20 kg,Mięso – 0,40 kg,Kasza – kg,Mleko odciągane – 1 litr co drugi dzień,Mleko pełne dla dzieci – 0,25 litra codzienniePonadto przydzielano także dla rodzin 300 kg węgla na osobę w rodzinie i mieszkańcom miast po 250 kilogramów ziemniaków na każdą osobę. Dla pracujących Polaków przydziały były o połowę wyższe. Niemcy natomiast otrzymywali przydziały dwukrotnie wyższe i mieli znacznie większy asortyment towarów do nabycia . Były to stawki głodowe więc za wszelką cenę starano się zdobyć pracę, która poprawiała położenie a zarazem gwarantowała większe przydziały ostry zakaz wszelkiego uboju. Ludzi jednak ryzykowali i potajemnie zabijali świnie, za co groziła kara śmierci. Mielenie zboża zostało urzędowo zabronione. Nie wszyscy jednak oddawali młynki. Mielono w najwyższej tajemnicy i zwykle podczas mielenia uruchamiano sieczkarnię lub rznięto drzewo na opał, aby zagłuszyć szum młynka. Radzono sobie też w inny sposób, mianowicie po kryjomu w fabrykach wytwarzano urządzenie w kształcie maszynki do mięsa i na tym mielono zboże. Ludność została też przymuszona do oddawania ziemniaków. W tym celu Niemcy powołali tzw. Mężów Zaufania, którzy wykonywali spis domów zaznaczając na nim ile ma być ziemniaków przeznaczonych do oddania. Ziemniaki te były czasem jedynym źródłem białka pozwalającym przeżyć mieszkańcom Żywiecczyzny. Ludzie chowali krowy, świnie, kury w lasach by zapewnić sobie choć od świętą odrobinę mleka, jaj i mięsa. Kawę zastąpiła kawa zbożowa, herbatę jak wspomina Joanna Rypień: „zastąpiła herbata z torek (owoc dzikiej róży) i liści malin. W lecie las dostarczał grzybów, borówek i jeżyn. Przy czym często młodzież z Hitlerjugend zabierała nam nasze zbiory”. Przygotowania do świąt gospodynie zaczynały znacznie wcześniej niż przed wojna. Wynikało to z faktu, że starania o zdobycie wielu produktów, trzeba było rozpocząć kilka tygodni przed świętami. Na stole było trochę cukru, mąki pszennej, margaryn, marmolady, chleba, czasem trochę kiełbasy lub innego kawałka mięsa. Krowa lub koza była największym szczęściem dla rodzin a mleko od nich smakowały znacznie bardziej niż też dziwnego, że zaczął się rozwijać handel pokątny, z którym Niemcy zaciekle walczyli. Po produkty spożywcze mieszkańcy Żywca jeździli na wieś, a ci drudzy w odwrotnym kierunku po towary przemysłowe. Policja i władze niemieckie były przekupne, dlatego niejeden z handlujących unikał nieprzyjemności, wręczając łapówkę. Ceny na czarnym rynku przewyższały wielokrotnie te Dobrym miejscem do handlu okazało się miejsce pracy. Stwarzało one warunki do nielegalnych transakcji , których głównym przedmiotem były artykuły żywnościowe i tytoń. Do szmuglowania mięsa z nielegalnego uboju używano baniek na mleko, które Niemcy nie kontrolowali. Jajka przemycano miedzy ugotowanymi ziemniakami w garnkach. Taki garnek dzieci w potrze obiadowej zanosiły do miejsca pracy rodziców. Wiele środków żywnościowych przewozili furmani dostarczający mleko do miast. Wykorzystywali do tego wklęsłość dna dużych baniek i innych skrytek urządzonych w wozie. Żywność do miast dostarczali także pracownicy leśni, którzy transportowali drewno do tartaków. Masło, sery i inne produkty umieszczali oni w pniach drzew bądź też w sporządzonych w nich zagłębieniach. Na wieś po produkty jeździły samotne kobiety i matki wielodzietnych rodzin. Omijały one ze względów ostrożności zabudowania bauerów i za bieliznę męska damską lub dziecięcą garderobę zdobywały żywność. Przemycały ją często dla osób, które samy z różnych względów nie mogły zdobyć dodatkowego pożywienia. Kościół i osoby prywatne wciągnięte były w prace konspiracyjne bądź też w odruchu serca organizowały pomoc. Na terenie miast Żywca pomoc organizował ks. Józef Zabrzeski, wykorzystując swoje przedwojenne znajomości z rodzinami które przyjęły Volkslistę i którym udzielanie pomocy nie przynosiło uszczerbku. Zdobytą żywność rozprowadzał przy udziale księży Tadeusza Jajki i Stanisława handel i ukrywanie towarów powodowały automatycznie braki w zaplanowanych kontyngentach. O sytuacji na ziemiach polskich donosi do Berlina szef Sztabu Dowództwa Okręgu Wojskowego gen. mjr Haseloff w meldunku z dnia 3 VII 1943 roku: „(...) dostawy kontyngentów należy uznać za poważnie zagrożoną. W celu zapewnienia dostaw żywności konieczne jest natychmiastowe, silniejsze obsadzanie punktów oparcia”.Trudne było położenie robotników polskich. Pracowali oni za niższe stawki niż ich niemieccy współtowarzysze pracy. Nie mogli przy tym sprawować kierowniczych stanowisk. Robotników pozbawiono zasiłku rodzinnego i prawa do urlopu. Obostrzenia dotknęły także inne sfery życia ludzkiego np. związki małżeńskie mogły zawierać kobiety w wieku od 25 lat a mężczyźni od 28 lat Uważasz, że znasz lepszą odpowiedź? lub
Ja wybrałam właśnie książki. Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić te pozycje książkowe, które przeczytałam od A do Z. Niektóre z nich czytałam po kilka razy. Przedstawię Wam je w takiej kolejności, w jakiej one pojawiały się w moim życiu. Nie chcę Wam ich recenzować, zdradzać zbyt wiele.
Polscy żołnierze wyruszyli z misją na terytorium Bałkanów w 1992 r. Stacjonują tam do dziś Choć misja miała charakter pokojowy, okazała się wielkim wyzwaniem Co zobaczyli, gdy się już tam pojawili? Przede wszystkim pustkę i grobową ciszę. Spalone i opuszczone domy, wyludnione wioski i przygaszone życie w miasteczkach Rok 1992 – to właśnie wtedy polscy żołnierze wyruszyli z misją na terytorium byłej Jugosławii. I są tam do dziś, choć już w dużo mniejszej liczbie niż przed laty. O jednym z epizodów tej misji, służbie w ramach sił IFOR w Bośni, Władysław Pasikowski nakręcił nawet film fabularny – "Demony wojny według Goi". Warto jednak przypomnieć prawdziwą, nie fabularną opowieść o tamtych wydarzeniach. Bo tam, na Bałkanach rodziło się nowe oblicze Wojska Polskiego. Choć misja od początku miała mieć charakter pokojowy, to wcale nie znaczy, że polscy żołnierze jechali tam prawie jak na wycieczkę. Owszem, od chwili zakończenia II wojny światowej, Polska uczestniczyła w wielu interwencjach – począwszy od misji na Półwyspie Koreańskim już w 1953 roku. Ale obecność na terenie byłej Jugosławii okazała się nie lada wyzwaniem. Dlaczego? Bo to nie była pierwsza zagraniczna misja polskiej armii po wojnie, ale pierwsza operacyjna i o tak szerokiej skali obowiązków. "Wcześniejsze wyjazdy miały charakter obserwacyjny lub logistyczny. W Jugosławii nasi żołnierze wystawiali i obsadzali posterunki, patrolowali rejony swoich działań, rozminowywali kraj, współdziałali z miejscowymi cywilami, władzami, armią i policją" – rozpoczyna swoją opowieść o tamtych wydarzeniach płk Grzegorz Kaliciak, autor książki "Bałkany. Raport z polskich misji". To właśnie on, w kwietniu 2004 roku, podczas służby na misji w Iraku, był dowódcą obrony ratusza w Karbali. Przez lata jej kulisy pozostawały owiane tajemnicą. Dziś często nazywa się tę potyczkę mianem "największą bitwą stoczoną przez polską armię po II wojnie światowej". Teraz Kaliciak wraca do misji, które są w cieniu wydarzeń z Iraku czy Afganistanu. Armia na dorobku "Początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku nie był dla armii polskiej czasem łatwym. Były to ostatnie lata obowiązkowej służby wojskowej. A służba zasadnicza kojarzyła się często bardzo źle. Historie o fali powodowały, że sporo młodych chłopaków robiło wszystko, by uniknąć bardzo długiego, bo osiemnastomiesięcznego pobytu w jednostce. Metody zarządzania i kierowania ludźmi bywały mało skuteczne. Zdarzało się, że dyscyplina wśród rekrutów była utrzymywana tylko strachem. Wyposażenie budynków wojskowych i ich stan, a szczególnie poziom sanitarny, nie były – oględnie mówiąc – najlepsze. O jakości żołnierskiego jedzenia krążyły legendy" – pisze dalej. Jak dodaje, w armii nie tylko brakowało pieniędzy i sprzętu. Musiała ona się zmierzyć z jeszcze innym, poważnym problemem – alkoholem w jej szeregach. Lata osiemdziesiąte to czas zapaści gospodarczej. Państwo, które stało na skraju bankructwa, miało wiele pilniejszych wydatków niż wojsko. Mimo tych problemów polska armia nie odmówiła, gdy została poproszona o pomoc – mieli przywrócić spokój i pomóc mieszkańcom wrócić do normalnego życia po krwawej wojnie domowej. Warto przypomnieć, że to nie tylko Polacy wkraczali na terytorium Bałkanów z problemami w szeregach swoich sił zbrojnych. Kaliciak zwraca uwagę, że to było wyzwanie nie tylko dla naszych żołnierzy. Międzynarodowa interwencja w byłej Jugosławii była dla wielu armii europejskich pierwszą od wielu dekad dużą operacją w warunkach wojennych i powojennych. Sytuacja na Bałkanach wymagała szybkich działań i po prostu nie było czasu, by przygotować młodych ludzi na to, co zastaną. A co zobaczyli, gdy się już tam pojawili? Przede wszystkim pustkę i właściwie grobową ciszę. Spalone i opuszczone domy, wyludnione wioski i przygaszone życie w miasteczkach. Tę ciszę przerywały od czasu do czasu odgłosy wybuchów, strzały. A potem na horyzoncie pojawiały się tabuny wynędzniałych ludzi, starców i dzieci przechodzących przez wymarłe okolice. Takie widoki musiały robić wrażenie na żołnierzach. "Złowroga atmosfera wpływała na psychikę młodych, niedoświadczonych żołnierzy. Nie wytrzymywali. W armii nie było na etatach psychologów i często jedyną pomoc ofiarował doktor z Finlandii, czyli wódka. Należy zaznaczyć, że trudności nie dotykały jedynie polskich żołnierzy" – czytamy dalej w książce "Bałkany. Raport z polskich misji". Okładka książki Grzegorza Kaliciaka Saperzy – pierwsi do akcji Największe wrażenie w książce płk. Kaliciaka robią wspomnienia polskich saperów. To oni jako pierwsi pojechali na terytorium byłej Jugosławii. Opowiadane przez nich historie pokazują wszystkie trudy tej misji – a państwo polskie podjęło się zadania ambitnego jak na swoje ówczesne możliwości. Jeden z nich, starszy chorąży sztabowy Dariusz Zuchowicz, wspomina, że stan tamtejszych dróg był fatalny, a to oznaczało, że wyjątkowo łatwo było na nich zakładać ładunki wybuchowe. Realne zagrożenie życia czaiło się więc dosłownie za każdym kamieniem. Co więcej, wśród ludności cywilnej była masa broni. Jak opowiada dalej, tylko jednego dnia zebrali aż dwie tony materiału wybuchowego. "To pokazuje, dlaczego ta wojna była tak krwawa. Ludność cywilna nie mogła czuć się bezpiecznie" – kwituje. Szybko okazało się, że pod wpływem doświadczeń z Bałkanów nasza armia musi się zacząć zmieniać. Stawką było życie żołnierzy. Po licznych meldunkach, do polskiego kontyngentu zaczął trafiać wreszcie nowy sprzęt. Saperzy, których wspomnienia pojawiły się w książce "Bałkany. Raport z polskich misji", są zgodni – największy wpływ na wszystkich miała śmierć ich dwóch kolegów: kapitana Witolda Kowalczyka i chorążego Wiesława Kucińskiego. "To był szok dla wszystkich. Wypadek, śmierć. Wydawało się to bez sensu, niepotrzebne. Życie zmarnowane bez powodu. Bo jakie znaczenie miała ta śmierć dla misji w Jugosławii? Niektórzy mogą powiedzieć, że nie miała żadnego. Ale to nieprawda. Zmieniła wszystko. Nie poszła na marne. Młodzi żołnierze zrozumieli powagę sytuacji. Zaczęli bardziej dbać o kolegów, czuć odpowiedzialność za nich. Stali się życzliwsi. Atmosfera zrobiła się przyjaźniejsza, ludzie wiedzieli, że mogą na siebie liczyć. Stali się drużyną. I potem mało kto myślał, żeby służbę kończyć na bieżącej turze" – wspomina Zuchowicz. Inny z uczestników tamtej misji, starszy szeregowy Tomasz Nehring, zwraca uwagę na jeszcze inną rzecz – jak służba w takich warunkach wpłynęła na samych żołnierzy. Bo wbrew nazwie, ta misja wcale nie była tak do końca pokojowa i obserwacyjna. "Pobyt na misji miał swoje skutki, takie czy inne. Były awantury w związkach, alkohol, odejścia, rozwody. Jestem po rozwodzie i drugi raz żonaty. Może to zwyczajne wydarzenia w życiu ludzi, ale tu, w jugosłowiańskim gronie wydają mi się częstsze. Była próba samobójcza kolegi. Sam sporo lat po powrocie unikałem trawy i miękkiego terenu. Wiedziałem, że nic mi tu nie grozi, ale nie lubiłem trawy i krzaków. Teraz to już minęło, ale i tak łapię się na tym, że gapię się w ziemię, gdy idę z psem na spacer" – czytamy. Jak te misje zmieniły nasze wojsko? Bałkańskie misje naprawdę odmieniły naszą armię. Bo zmieniło się nie tylko podejście do dyscypliny, sposobu dowodzenia czy konieczności zakupu nowego sprzętu. Pułkownik Kaliciak mocno podkreśla wagę innej zmiany – dziś wojsko nie wysyła sił ot tak po prostu, z marszu i bez przygotowania. Obecnie to bardzo złożony i długotrwały proces. Nie zdarza się już, by na misję armia wysłała kogoś, kto dopiero co pojawił się w jej szeregach. Co więcej, pojawiło się w niej miejsce dla takich osób jak Kamil Kuć – to ekspert kulturowy ds. Bałkanów. Takie osoby jak on odpowiadają dziś za pakiet zagadnień, który nazywany jest cultural intelligence albo szkoleniem z zakresu kompetencji miękkich. "Moja rola w całym procesie polega na tym, by zapoznać żołnierzy kontyngentu ze specyfiką regionu. Historia, polityka, język, religia, kultura, zwyczaje, życie codzienne – to tematy, które poruszamy na zajęciach. Moje zadanie numer dwa to aktualizacja wiedzy żołnierzy i tego, co jest w materiałach przygotowujących do misji. Wreszcie trzecia sprawa to rozwijanie metod szkoleniowych, tak by żołnierze poznali sposób myślenia miejscowych ludzi ze zwaśnionych grup, a nawet potrafili się postawić w ich sytuacji" – opisuje swoją pracę pracownik Akademii Sztuki Wojennej. "Żołnierze muszą pamiętać, że ludzie na Bałkanach reagują bardzo emocjonalnie. Powinni być świadomi, że każdy może mieć broń, że miejscowi potrafią się nią posługiwać. Szczególnie w Kosowie. Tu jest nawet moda na typ gangsterski. Pistolet dodaje młodemu chłopakowi powagi. (...) Uczymy żołnierzy, by unikali drażliwych tematów. Czystek, zbrodni wojennych, nazwisk ludzi z tym związanych. Ale zachęcamy, by o historii umiejętnie rozmawiali" – dodaje. "Niestety niektóre z tych błędów zostały powtórzone później w Iraku – wtedy także źle wyposażono żołnierzy polskiego kontyngentu. To najbardziej boli. Bo uczenie się poprzez działanie, czyli jak mówią Amerykanie »learning by doing«, to wartościowa i skuteczna forma edukacji" – podsumowuje autor książki. "Ale nieuczenie się na błędach obnaża poważne problemy. Armia widocznie potrzebowała dużo czasu, by stać się tym, czym jest dzisiaj. Czy jest już supersprawną, nowoczesną machiną? Modernizacja wciąż trwa, ale wiele spraw, które poruszono w książce, w tym kwestia zamieszania wokół śmierci saperów i problemów rodzin – z zadowoleniem stwierdzam – dziś rozstrzygano by inaczej. Stworzono rozwiązania systemowe, nie doraźne" – dodaje. Co więcej, pierwsze wypadki śmiertelne żołnierzy na misjach po 1989 roku ewidentnie zaskoczyły administrację wojskową i państwową. Czy wojsko wyciągnęło wnioski z takich sytuacji? Kaliciak przypomina, że blisko ćwierć wieku temu wdowy po zmarłych saperach były pozostawione same sobie. Dziś, jego zdaniem, taka sytuacja nie miałaby miejsca. Sprawy organizacji wypłaty odszkodowań i rent także się od tego czasu zmieniły. Czy więc misje bałkańskie należy oceniać w kategorii sukcesu? Zdaniem Grzegorza Kaliciaka, jak najbardziej tak. Jak przekonuje, mimo tragedii, które rozegrały się choćby w obecności sił UNPROFOR-u, to nie obciążają one żołnierzy w błękitnych hełmach. "Oni działali zgodnie z prawem. Mandat dla tych sił został ustanowiony przez społeczność międzynarodową. Nikt wtedy nie przypuszczał, że pod koniec XX wieku w Europie ponownie może nastąpić sytuacja, w której wojska cywilizowanych narodów otoczą wioskę czy miasteczko, wyprowadzą z niej mężczyzn i chłopców do lasu i tam rozstrzelają" – przekonuje. W tekście wykorzystano, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne, fragmenty książki Grzegorza Kaliciaka "Bałkany. Raport z polskich misji". Swoją premierę miała ona na początku maja. (pm)
Stranger Things - książki. Żywe Trupy - komiksy. Bridgertonowie. więcej. Książka Plamka mazurka. Jak ptaki odmieniły moje życie autorstwa Pióro Marek, dostępna w Sklepie EMPIK.COM w cenie . Przeczytaj recenzję Plamka mazurka. Jak ptaki odmieniły moje życie. Zamów dostawę do dowolnego salonu i zapłać przy odbiorze!
Najlepsza odpowiedź liefde odpowiedział(a) o 20:51: ''Polaków nie zdobywa się groźbą, tylko sercem.''Stefan Wyszyński''Polacy, mimo męstwa, naród płochy, wytrwałości nie ma, zabawę woli niż pracę... Fantazji dużo, ale gdy się na słowa wyczerpią, do czynu ochoty i siły brak.'' Stefan Batory''Niech żyje Polak, jedyny obrońca Maryi!''Adam Mickiewicz''Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych.'' Napoleon Bonaparte''Polacy są zbyt inteligentni jak na swe położenie geograficzne.'' Jarosław Iwaszkiewicz''Gdy Polacy będa umieć siebie samych cenić w domu, będą ich cenić i za granicą.'' Stanisław Staszic''Dajcie Polakom rządzić a sami się wykończą. ''Otto von Bismarck''Dla Polaków można zrobić wszystko, z Polakami nic.''Aleksander Wielopolski''Mało jest zalet, których by Polacy nie mieli, i mało błędów, których udałoby im się uniknąć.''Winston Churchill''Polacy ci Francuzi Północy'' François-René de Chateaubriand''Polacy mają znakomitą opinię, bo pracują dobrze i szybko. Jedno jest pewne – jeśli ma się remont, trzeba dzwonić do nich. '' Norman Davies''Polacy są z żelaza. Trzeba ich uderzyć młotem, aby się rozgrzali. '' Aleksander Świętochowski''Znam tylko dwa typy Polaków: tych, którzy się zbuntowali przeciwko mnie, i tych którzy pozostali mi wierni – jednych nienawidzę, drugimi gardzę''Mikołaj I Romanow''Zostawcie to Polakom. Dla nich nie ma nic niemożliwego.'' Napoleon Bonaparte Odpowiedzi blocked odpowiedział(a) o 19:48 "Naród wspaniały tylko ludzie to k*rwy" "Polacy są narodem idiotów.""Polacy okazali się kamieniem pleśnią pokrytym, a nie ładunkiem dynamitu.""Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała dwa grosze i dwie krople krwi – a niepodległość jest dobrem nie tylko cennym, ale i bardzo kosztownym.""Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości.""Jednym z przekleństw naszego życia, jednym z przekleństw naszego budownictwa państwowego jest to, żeśmy się podzielili na kilka rodzajów Polaków, że mówimy jednym polskim językiem, a inaczej nawet słowa polskie rozumiemy, żeśmy wychowali wśród siebie Polaków różnych gatunków, Polaków z trudnością się porozumiewających, Polaków tak przyzwyczajonych do życia według obcych szablonów, według obcych narzuconych sposobów życia i metod postępowania, żeśmy prawie za swoje je uznali, że wyrzec się ich z trudnością możemy. (…) czeka nas pod tym względem wielki wysiłek, na który my wszyscy, nowoczesne pokolenie, zdobyć się musimy, jeżeli chcemy zabezpieczyć następnym pokoleniom łatwe życie, jeżeli chcemy obrócić tak daleko koło historii, aby wielka Rzeczpospolita Polska była największą potęga nie tylko wojenną, lecz także kulturalną na całym wschodzie."Wszystkie cytaty są rzecz jasna Józefa Piłsudskiego. blocked odpowiedział(a) o 11:25 Polaków nie zdobywa się groźbą, tylko sercem. Stefan moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych. Napoleon są zbyt inteligentni jak na swe położenie geograficzne. Jarosław Polacy będa umieć siebie samych cenić w domu, będą ich cenić i za granicą. Stanisław Polakom rządzić a sami się wykończą. Otto von jest zalet, których by Polacy nie mieli, i mało błędów, których udałoby im się uniknąć. Winston są najbardziej inteligentnym narodem ze wszystkich, z którymi spotkali się Niemcy podczas tej wojny w Europie. Adolf takich chwilach wszyscy jesteśmy Polakami. Barack Obama. ''Polska to jest duży kraj, który potrzebuje więcej meneli a nie nowych dróg. Polacy to menele i niech inne kraje się ich boją i nie zawstydzają naszego kraju. " Uważasz, że ktoś się myli? lub
Teksty, które zmieniły życie Polaków: Dawno temu 147K views, 1.4K likes, 56 loves, 50 comments, 1.2K shares, Facebook Watch Videos from Lubisz się śmiać? Teksty, które zmieniły życie Polaków: Dawno temu ja też zaufałem pewnej kobiecie
Na łamach Dziennika odnajdujemy przede wszystkim zapis emocji, obaw i nadziei oraz problemów i dylematów dnia codziennego, które dotyczyły nie tylko dziesiątek tysięcy mieszkańców Torunia, ale setek tysięcy, jeżeli nie milionów Polaków w czasie okupacji, zwłaszcza na ziemiach wcielonych do Rzeszy. W innych typach źródeł są to
Monstrualne kolejki były zmorą codziennego życia. Sama sprzedaż na kartki wcale jednak nie budziła oporów ani oburzenia. Przeciwnie – Polacy wprost domagali się reglamentacji podstawowych towarów. Jak trudne lata 80. XX wieku wyglądały w Łodzi? Jak radzono sobie z kryzysem i jaki był poziom życia mieszkańców największej robotniczej metropolii w kraju? Jednym z głównych
HEDB2bO. 2y3mtfjfuk.pages.dev/792y3mtfjfuk.pages.dev/562y3mtfjfuk.pages.dev/122y3mtfjfuk.pages.dev/632y3mtfjfuk.pages.dev/592y3mtfjfuk.pages.dev/102y3mtfjfuk.pages.dev/52y3mtfjfuk.pages.dev/82
teksty które odmieniły życie codzienne polaków